Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SKOWRONEK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SKOWRONEK. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 kwietnia 2013

U nas nareszcie wiosna

W końcu świeci słońce czasami nawet prawie wczesnym latem pachnie. Ja przez pewien czas byłam wyautowana z rzeczywistości. Ale po trochu zaczynam łapać oddech. Wróciłam dziś do szycia więc powinno być lepiej. No i zaczęłam sadzić kwiatki w ogrodzie więc już nabiera kolorów. Przyjrzałam się dziś moim roślinkom i winobluszcz ma już pąki więc z niecierpliwością czekam aż zacznie szaleć i moja ławka się zazieleni. Mam nadzieję że jak przyjedziecie będzie już pięknie i zielono. Jak już wspomniałam to byłam zawieszona w próżni więc nawet nie mam o czym się rozpisywać. Ale postaram się nadrobić. Dzieciaki pół dnia na powietrzu więc wieczorami padają jak "muchy" :) 

czwartek, 4 kwietnia 2013

Zima w pełni mimo wiosny w kalendarzu...

U nas nadal pada śnieg. Prognozy mówią, że może jeszcze tydzień a może nawet i do maja tak będzie. Wariactwo! Dziś rano za oknem wyglądało tak:


A śnieg nadal pada :( Żeby samochód ruszyć to najpierw z pół godziny odśnieżania. No a jutro czas do domu wracać. Na Mazurach spędziliśmy tydzień. Czas zwolnił. A jak czas dla mnie zwalnia to kończy się czym? Chorobą. I tak oto trzecie z rzędu święta przechorowałam. Na szczęście jak to u dziadków nie można narzekać na ilość "ochotników" do zabawy :) A na święta przyjechał jeszcze pradziadek więc dzieciaki były bardzo zadowolone :) Aż miło patrzeć jak mimo takiej różnicy wieku potrafili wspólnie spędzać czas. 80 lat różnicy a mój dziadek nosił 5 letniego prawnuka na barana i robił im samoloty! Istne szaleństwo! Ale obyło się bez strat w ludziach :) Więc pomimo choroby tydzień minął bardzo sympatycznie a najważniejsze bez gonitwy. Tu czas zawsze zwalnia. Ale czas wracać do rzeczywistości. Jak otworzyłam kalendarz i spojrzałam na grafik wizyt u różnego rodzaju specjalistów to czasu na chorowanie teraz na pewno nie będzie. Najbardziej obawiam się nastania wiosny. Teraz wszystko pokryte śniegiem ale nadejdzie dzień kiedy przyroda ruszy ze zdwojoną mocą a wtedy zacznie się bitwa o przetrwanie. Dla nas alergików i astmatyków to będzie ciężki czas. Ale i tak chcę już wiosny!!!

środa, 27 marca 2013

Życzenia

Ponieważ ja już zaczynam się pakować i jutro ruszam na Mazury świętować chciałam tym co tu zajrzą życzyć Radosnych Świąt! I szybkiej wiosny :) 


niedziela, 24 marca 2013

Dzieci potrafią być pocieszne na maksa :)

Oj w ten weekend moje dzieci a zwłaszcza synek sprawiły, że uśmiech często pojawiał się na twarzy. Wczoraj postanowiłam wciągnąć ich trochę w robienie porządków. Tłumaczyłam, że trzeba poukładać i posprzątać bo niedługo się zgubimy w tym bałaganie. No i ja zbierałam zabawki na dole żeby je w końcu odnieść na górę na swoje miejsce a oni poszli zacząć segregowanie w swoich pokojach. Mała oczywiście więcej u siebie powyciągała niż poukładała za to syn segregował jak szalony. Siostra przyszła pomóc i tak nawet sprawnie się uporaliśmy z poukładaniem zabawek w różne pudła i pudełeczka a potem na półki. Powycieraliśmy kurze i odkurzyliśmy. Potem wzięliśmy się za łazienkę i inne pokoje. Zeszło nam kilka godzin ale robiło wrażenie. A wieczorem popadali szybciej niż szybko. Dziś o dziwo od dawien dawna chcieli bawić się u siebie. Powiedziałam,że jestem ciekawa jak długo będzie tak pięknie na co syn: zawsze bo ja będę pilnował porządku. No i rzeczywiście. Po każdej skończonej zabawie zarządzał sprzątanie :) Nawet kapy na łóżku nie pozwolił mi poprawić. A potem wpadł w trans. Poleciał po ścierkę i znowu zaczął kurze wycierać. Wypucował w swoim pokoju wszystko łącznie z szybami w drzwiach a potem pytał co może jeszcze posprzątać. Umyć nawet schody musieliśmy - cóż z tego że niedziela :) Nawet okna chciał myć ale powiedziałam mu, że lepiej poczekamy aż się cieplej zrobi. Choć w sercu w takich momentach robi się gorąco z miłości do tych moich pociech! Jesteście cudowni! :)

środa, 20 marca 2013

Pierwszy dzień wiosny...

...tylko gdzie ta wiosna się podziała. Na dworze biało i mroźno. Ja już mam dość tej zimy. Ile można. Chcę słońca, ciepła, zieleni!!! Człowiek już się dołuje od braku promieni słonecznych. Ta zima jest długa, szara, bura i ponura. Żeby jakoś przetrwać postanowiłam dziś pójść na spacer i spojrzeć na zimę okiem mojego obiektywu. Pomyślałam, że może jeśli zobaczę jaka jest piękna to jeszcze chwilę będę w stanie jakoś z nią wytrzymać.






poniedziałek, 18 marca 2013

Inne planety......

...czyli chłopaki są z marsa a dziewczyny z wenus :) Dużo jest prawdy w tym, że to dwie inne planety, zupełnie inne światy. Wczoraj postanowiłam zrobić przegląd ciuchów wiosenno-letnich. I oczywiście mogłam się spodziewać, że mój syn nie będzie tym zupełnie zainteresowany. Ja z nim nawet nie chodzę butów do sklepu kupować bo i tak nie chce mierzyć. Biorę wkładkę idę i kupuję sama. A w domu czasem zdarzy się cud i mały przymierzy je nawet sprawnie a niekiedy pół godziny proszenia jest. Za to córcia - istny anioł :) Godzinę się przebierała, komplety sobie tworzyła i zero grymaszenia. Czasem nawet jest w drugą stronę. Ja już mam dość jej przebieranek :) Wyjmuje z szafy co się da i dawaj przebieranki :) A w sklepie buty to by mogła też mierzyć i mierzyć.
Albo z innej beczki. Syn to rano co wstaje za pilota łapie. I komputer też fajna rzecz czyli rośnie typowy multimedialny gość. A mała. Jeszcze 7 rano nie ma a ona za kredki i pyta: mamusiu pokolorujemy coś? A może farbkami? :)  
U fryzjera - on ciągle pyta czy długo jeszcze a ona ogląda w najlepsze siedząc na krzesełku lakiery do paznokci
Zupełnie odmienne osobowości :) Ale dzięki temu jest SUUUPPPPEEERRR ! :)

I tak właśnie pisząc ten krótki post wypiłam "pożegnalną" kawkę. Do świąt mały detoks. Za dużo już ostatnio jej wypijałam. A że nie potrafi ograniczyć się do jednej dziennie bo jestem uzależniona od jej zapachu więc czas na kilka dni odciąć się całkowicie. Za to jak w święta wypiję małą czarną po takiej przerwie to będzie prawdziwa rozkosz :)


środa, 13 marca 2013

Anomalie kuchenne...

...czyli pieczenie pierników przed Wielkanocą :) Niektórzy już śledzą książki kucharskie i różne blogi w poszukiwaniu przepisów na wielkanocne baby i mazurki a moje dzieci zarządziły pieczenie pierników. No i jak tu im odmówić kiedy oni uwielbiają to gniecenie ciasta i wycinanie kształtów. Oczywiście najbardziej uwielbiają jedzenie tych ciasteczek :)




Wiadomym jest że maksymalnie za dwa dni ich już nie będzie :) Zatem na święta jednak pomyślimy o mazurkach na Mazurach :)

Dziś wykrawaliśmy pierniki a wczoraj te same foremki służyły do wykrawania "kształtów" w ziemniakach żeby frytki nie wyglądały jak frytki - dzieci to mają pomysły :)

A poza tym to mroźno jest a ja już tak bardzo chcę wiosny, że dziś postanowiłam zapoczątkować zmianę wystroju i uszyłam pierwszą wiosenną poszewkę :) Trzeba zmienić trochę otoczenie może zima szybciej ucieknie.


wtorek, 12 marca 2013

Robię i dużo i nic...

Taki jakiś dziś dzień dziwny... Nic mi nie idzie... Skupić się nie mogę... Brak słońca i mróz...Jakoś nic się nie chce... Ten tydzień chyba już taki będzie....Wszystko robię po łebkach: wczoraj zaczęłam torebkę dla koleżanki bratanicy a dziś ją skończyłam. Zaczęłam też podkładki na stół dla mamy. Zostało mi trochę materiału po zielonych i fioletowych kapustach to je wykorzystam - a niech ma na zajączka :) No i też pikować zaczęłam wczoraj a kończyłam dzisiaj a lamówkę pewnie za kilka dni zrobię. Motyla męczę nadal ale chyba już jestem prawie zadowolona. Taka coś niezdecydowana na nic jestem. Mam nadzieję że szybko mi przejdzie :) Ale jest pewien plus tej sytuacji - nie szyję znalazłam czas na to żeby poprzebierać i porobić zdjęcia zalegających w coraz większą stertę prac plastycznych moich dzieciaków. Ale żeby nie było wrzucenie ich w odpowiednie miejsce pewnie mi zajmie kilka dni. Za to każdy podpisałam z imienia i z daty żeby za kilka lat jak im wręczę przy wyprowadzce wiedzieli kiedy byli takimi artystami :) No i w końcu zamówiłam materiał na plecak :) Wybierasz czerwony czy niebieski? Bo oczywiście mojej gwieździe też muszę uszyć co nie :) No i od jakiegoś czasu chodził za mną polar minky żeby małej uszyć kołderkę do przedszkola na leżakowanie i też takowy będę miała. Mała jak zobaczyła brata narzute ze Spidermanem stwierdziła że teraz jak już skończyłam to mogę jej uszyć z Hello Kitty. Ja na to że przecież ma już narzutę z wróżkami. Na co ona: no tak z wróżkami mam ale z Hello Kitty nie :) No więc może w ramach kompromisu zamiast narzuty będzie kołderka z kociakiem podszyta mięciutkim minky. Tylko kiedy to wszystko zrobić. Zaraz święta. A jeszcze jak szyłam podkładkę mamie to tak mnie ochota naszła co by skoczyć do ikei i kupić kilka kolorowych materiałów i uszyć dla nas podkładki jakieś radosne wiosną pachnąca. Może ktoś zna sposób żeby dobę wydłużyć? :)

piątek, 8 marca 2013

Trochę nostalgii...

... a zaczęło się od bajki. Oglądaliśmy Tom & Jerry gdzie nagle mała myszka kładzie czarną winylową płytę na adapter. Syn pyta: a co ona robi? co to takiego?
Patrz jak to jest. On ma 5 lat, umie bez problemu uruchomić komputer i się nim posługiwać za to coś co dla nas było codziennością dla nich to już jakaś abstrakcja.

A ja pamiętam jak bajek słuchałam z magnetofonu szpulowego. Z jednej strony szpula z brązową taśmą a z drugiej pusta na którą przewijała się podczas słuchania taśma. Moja ulubiona: "Bracia Lwie Serce". Piękna opowieść. 

Zakup magnetofonu kasetowego pamiętam dokładnie. Kupiłam go po I Komunii Świętej - za wszystkie pieniądze jakie dostałam! Byłam oszołomiona. Mój własny radiomagnetofon! Swoją drogą jaka kiedyś jakość była - do tej pory jest sprawny. A możliwość nagrywania.... Pamiętam jak nagrywałam dobranocki z wieczorynek i potem mogłam słuchać ponownie. A to był rarytas biorąc pod uwagę że w tygodniu był Pan Tik Tak , w piątki Pankracy i tylko wieczorem wieczorynki. Nie to co teraz kanałów z bajkami mnóstwo a na nich bajki 24 godziny na dobę. 

U nas w domu pierwszy kolorowy Rubin zagościł jak już dawno do podstawówki chodziłam. 
Bajki się czytało albo puszczało z projektora. To był wspaniały czas. Wspólny czas. Bo nie włączało się bajki i nie miało dziecka z głowy tylko z nim się razem siedziało i się mu czytało.

A telefony. Kiedyś jak ktoś miał telefon stacjonarny w domu to był gość. A jak się dzwoniło to jeśli nikt nie odbiera znaczy że nie ma go w domu. A teraz telefony nawet w kościele ludziom w kieszeniach dzwonią. Wszędzie Cię dorwą. A spróbuj nie odbierać przez kilka godzin to już prawie po szpitalach dzwonią bo na pewno coś się stało. Człowiek czasem myśli że już nic nie można wymyślić ale pewnie na starość to jeszcze nie jedno nasze oczy zobaczą. Popatrzmy na telefony komórkowe. Kiedyś cegły a teraz miniatury komputerów. Pamiętam jak pierwsze mms szły w eter. Dla mnie jako inżyniera to już było coś. Technika! Ale minęła chwila i powstało 3G, wideorozmowy i wiele innych.

Boje się, że jak za te 20 lat wyruszę w wymarzoną podróżna przykład do Ameryki Południowej to już nic dziewiczego moje oczy nie zdążą zobaczyć... Ale mam nadzieję, że jednak gdzieś pozostanie świat, który nie dał się zwariować żeby Ci co zwariowali mogli się nim zachłysnąć.

W sumie to chyba czasy kiedy nowinek technologicznych było mniej wcale nie były takie złe. I wbrew pozorom pomimo tego, że w domu była Frania a nie pralka automatyczna a naczynia zmywało się ręcznie, ludzie mieli zdecydowanie więcej czasu, który poświęcali sobie. 

P.S. A nawiązując do dzisiejszej daty. 8 MARCA kiedyś celebrowany, dziś już trochę zakurzony a za 20 lat  tylko w encyklopedii historii dostępny będzie. Pamiętam jak dziś jak nawet sąsiad z goździkiem przychodził :) Mama obowiązkowo zawsze jakąś parę rajstop dostała :) Działo się działo.

Miłego wieczoru 

środa, 6 marca 2013

Kilka srok za jeden ogon...

Nadal męczę narzutę synka. Szyłam i prułam, szyłam i prułam, potem pikowałam i w końcu zrobiłam pierwszą przymiarkę. Ale do końca jeszcze kilka tip topków :) Mała prezentacja :)


Poza tym dopracowuję haft tego motyla bo jakoś nadal coś mi nie leży. Właśnie przed chwilą powstała jego chyba piąta wersja :)


A do tego na kolację upiekłam batata :) No wiem dziwne zjawisko ja i eksperymenty w kuchni :) Ale koleżanka zapoznała mnie z tym rodzajem bulwy i okazał się przepyszny taki słodziutki a w przygotowaniu prostszy niż barszcz :) Tyle że jak na tak proste danie to cena egzotyczna :) Do tego gęsty jogurt grecki z przyprawami i pychota!


No i jak to w przyrodzie bywa różne anomalie się trafiają. Rodzice można rzec zwykłe pyry jedzą a dziecko zażyczyło sobie na kolację: kanapkę z szynką, kabanosa, popcorn i do tego mleko waniliowe. Ja mniejsze zachcianki w ciąży miałam :) No ale czegóż się nie robi dla swojej kochanej pociechy :)

Po za tym najważniejszy news dnia - WIOSNA! 11 stopni było! Bosko! Koło przedszkola jest pewna anomalia bo na dole prawdziwa wiosna a jak podchodzi się pod budynek pod górkę to środek lodowca :)
No a ponieważ wiosna się zbliża to czas na sezonową zmianę na głowie - teraz postawię na rudości :) 



poniedziałek, 4 marca 2013

Udało się :)

Po południu jak miałam już wsparcie a dzieci zeszły z mojej głowy i przerzuciły się na głowę taty to ja usiadłam do kompa. Chciałam zacząć projektować haft motyla. Motyl miał być czarno niebieski. Takiego wybrała sobie koleżanka :) Na wiosnę na niebieskie coś ją ochota naszła :)W naturze wygląda tak i nazywa się Papilio Ulysses:



http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:CRW_5380-11.jpg

A mój haft wygląda tak :) Znaczy tak wygląda zaprojektowany w komputerze a jak na żywo wyjdzie to sama umieram z ciekawości. Mam nadzieję że dobrze. Ale o tym przekonam się w poniedziałek może we wtorek. Już nie mogę się doczekać. A oto hafcik:


Według mnie prezentuję się pięknie :) Ale na real musimy poczekać. Zrobię go na jasnym filcu i może czarne wykończenia dam. Jeśli się dzieci nie pochorują bo coś zasmarkane są. No i wtedy akcja motyl odwlecze się w czasie.

Oczywiście nie była bym sobą gdybym nie pokombinowała jeszcze przy tym motylku :) Chciałam dodać trochę niebieskiego i w wersji ostatecznej prezentuje się tak:


Trochę foto źle mi wyszło bo trochę z jednej strony prześwietlone no ale zobaczymy jak wyjdzie efekt końcowy. Zmian już nie będzie bo już haftuję. O! I jest pierwsza strata w igle! Chciałam maksymalny możliwy rozmiar i za blisko tamborka i przy tak szybkiej prędkości poszło. Ale igła zmieniona i lecimy dalej. Mam tylko trochę stresa czy starczy mi czarnej nici bo czarnego tu sporo a ja mam niepełną szpulkę. No ale pożyjemy zobaczymy :)

niedziela, 3 marca 2013

Do wiosny daleko...

Wróciliśmy niedawno ze spaceru. Plan był taki: hulajnogi i karmienie kaczek w parku. Hulajnogi zaliczone ale karmienie kaczek nie powiodło się. Wszystkie ptaki co do jednego najedzone jak bąki po wodzie pływają a dookoła pływa mnóstwo chleba. Wszyscy widać chcieli dobrze zrobić kaczuszkom no i kaczki przedobrzyły w tym obżarstwie tak że z tydzień na chleb nie spojrzą. 
Jak w temacie do wiosny strasznie daleko. Niby termometr wskazuje czasem nawet 6 stopni ale wicher wieje taki że ma się wrażenie że jest 0 a do tego słonko schowane i nie grzeje. Ale tlenu troszkę złapaliśmy :)
Przesyłam Wam kilka fotek z naszej zimnej Polski.

           
Obżarte kaczuszki :)
Wodospad nie zamarzł :)
W poszukiwaniu słońca :)
Woda skuta jeszcze lodem 
Nie da się ukryć że niecierpliwie wypatrujemy wiosny.

sobota, 2 marca 2013

Ratunku!!! Skąd te dzieci mają tyle energii !!!

piątek, 1 marca 2013

Coś z czegoś innego

Wspomniałaś dziś że masz zamiar zabrać się za zrobienie lustra do łazienki. Super pomysł!! Ogromna frajda stworzyć coś co zdobi potem nasz dom i cieszy dodatkowo oko. 
Ja mam małą wprawę w tzw przemianie mebli. Tylko to jest czasochłonne i brudne zajęcie. Najpierw trzeba znaleźć jakiś "staroć" a potem oczyścić, wyszlifować i dokładnie pomalować. Ja w te wakacje miałam przyjemność zrobić sobie dwa stare-nowe mebelki.
Najpierw zabrałam się za małą szafeczkę bo mi czegoś na mojej pomarańczowej ścianie brakowało. Kupiłam ją za grosze i wyglądała tak:


Wyszlifowałam ją do surowego drewna - bo na szczęście była stara i drewniana a nie z płyty. Potem pomalowałam farbą do mebli w kolorze mlecznej czekolady. I ten etap był najdłuższy bo to już kilka dni malowania w między czasie. Po nałożeniu dwóch warstw i wyschnięciu zawoskowałam ją jeszcze bezbarwnym woskiem. Dzięki temu pomimo użycia zwykłej farby a nie lakierobejcy szafka nabrała połysku no i ochrony. A prezentuje się obecnie tak choć uważam osobiście że w realu zdecydowanie lepiej niż na zdjęciu :)


Bardziej czasochłonna była moja "witryna". Od jakiegoś czasu chodziło za mną zdobycie starej skrzyni od zegara stojącego i zrobienie z niej witrynki na moje jakieś skarby. No i w te wakacje los się do mnie uśmiechną i na Jarmarku Dominikańskim zdobyłam za grosze takie cudo :) Niestety nie mogę pokazać jak się mój chłop ( tak tak bo to chłop bo ma płaską górę , baby mają uwypuklenie :) ) prezentował przed zmianami bo fotki nie mogę zlokalizować. Tu już było trzeba włożyć troszkę więcej pracy bo chłop datowany na lata 40 zeszłego wieku. Zjedzony trochę od spodu przez korniki ale ona już się dawno wyprowadziły. Do niego ze szlifierką zbliżyć się nie mogłam bo bym go strasznie oszpeciła. Zostało ręczne czyszczenie i szlifowanie w miejscach które tego wymagały. Potem przejechałam go ciemną lakierobejcą - trzy warsty dostał. Oj zajęło mi to czasu ale warto było. Mam teraz wspaniałą biblioteczkę na moją inna pasję - wnętrza :) Lśni staruszek i cieszy me oko :)

           

Jak się chce to naprawdę można wyczarować cudeńka. Ale trzeba się liczyć że trochę czasu to zajmie zwłaszcza robione z doskoku.

Co do lustra to nie wiem jaki masz pomysł ale ja bym przerobiła jakąś grubą ramę. Najlepiej kupiła gotową grubą surową drewnianą. No i opcja pierwsza - robisz na niej wybrany decoupage i na koniec lakierujesz bezbarwnie bo w końcu w łazience ma wisieć. Druga opcja to zagruntować drewno i potem na klej do kafli jakąś mozaikę z kamieni nadmorskich zrobić, potem pomalować te kamienie i też zalakierować. Ale nie śmiem wątpić że u Ciebie w głowie coś już tam wykiełkowało tylko do roboty zabrać się trzeba :)

Kobieta niepracująca

Dziś dzień jak co dzień czyli na wariackich papierach. Po południu pomyślałam że dziś wieczorem opisze typowy swój dzień czyli dzień matki dwójki dzieci "siedzącej" w domu. A tu wchodzę na nasz blog i co widzę Ty też w tym samym temacie :)
No więc tak. Pobudka o 6 rano i dla mamy kawka a dla córki mleko. Następnie wstaje starszak i zaczyna marudzić dlaczego taka bajka leci a nie inna. Mówię mu że siostra wstała już jakiś czas temu i taką sobie wybrała. No i zaczyna się jatka jak to między rodzeństwem i trzeba wkraczać do akcji. Potem ścielenie łóżek, inhalacja dla małego astmatyka, śniadanie i w końcu czas do wyjścia. I znowu wojna kto pierwszy buty będzie ubierał. Udaje się wsiąść do samochodu i nawet w ciszy dojechać do przedszkola. W przedszkolu zanim się przebrali to ze mnie zimne poty już leciały. W końcu można rzec spokój. Po drodze do domu zakupy w najbliższym sklepie bo szkoda trochę czasu żeby jechać gdzieś dalej. W domu rozpakowanie zakupów i trzeba zacząć myśleć o obiedzie bo potem lekarz więc lepiej przygotować coś wcześniej. No ale nagle zdaję sobie sprawę że jeszcze śniadania nie zjadłam. Więc najpierw śniadanie. Potem kroje warzywka i robię obiad. Znaczy prawie sam się robi no bo ja raczej z tych co szybko łatwo i najlepiej jednogarnkowo :) Zatem przygotowanie obiadu wyglądało tak:

                     
                               Na patelni podsmażają się warzywka
Pomidorki obłażą ze skórki
                           
                                       A cukinia odsącza się z wody
                             oprószona odrobiną soli
A na koniec wszystko ląduje na jednej
patelni i czeka na ciąg dalszy
   
Oczywiście w między czasie rozpakowałam zmywarkę z czystych naczyń i zapakowałam brudne mieszając to co na patelni, zalewając pomidory wrzątkiem bo własnie woda się zagotowała i przygotowując naczynie żaroodporne na potem. 

Po ogarnięciu obiadu i kuchni czas na sprzątanie chałupy. Plan na dziś to łazienka i wc oraz odkurzanie. Po jakimś czasie wszystko lśni - choć nie jestem pewna czy zdałabym test białej rękawiczki :) 
Teraz pora na drugie śniadanie ale chwila patrze na zegarek już 13! Muszę lecieć po dzieciaki bo na 14 trzeba przebić się przez miasto na badania z małym. Zatem szybka zmiana stroju roboczego (dresu) na tak zwany wychodny ( czyli jeansy i sweterek) jabłko w garść i biegiem do auta. Mop i odkurzacz sprzątnę już po powrocie.

Jadę kierując jedną ręką a drugą wcinając jabłko bo takie założenie - jeść regularnie żeby było zdrowiej i może się uda zgubić jakiś kilogram. Zaparkowałam pod przedszkolem i biegiem na górkę. Miałam fuksa bo starsza grupa właśnie wróciła ze spaceru więc odpadło jedno dziecko do ubierania. Biegnę na piętro po młodszą. Ponieważ młody był ubrany to mówię poczekaj przed przedszkolem. Wychodzę patrzę i oczywiście nie dziwię się bo mnie już mało co jest w stanie zdziwić. Pytam co robisz? Tort. A oto przepis na torcik : leży kupa a w nią wbijamy kawałki sianka i już torcik czekoladowy ze świeczkami gotowy. Na szczęście nie uwalił się w tym "szczęściu" :) I już jesteśmy w połowie górki kiedy słyszę. Mamo a jaka dziś buźka za zachowanie? Nie wiem synu. Ale mamo to bardzo ważne. Fakt ważne bo od tego zależy czy bilans uśmiechniętych buziek będzie dodatni i czy zagra na komputerze w weekend. No więc lecę z powrotem i pytam panią jak ta buźka. Uśmiechnięta - jest mały sukces. Wsiadamy do samochodu i tak: on koniecznie musi zdjąć kurtkę bo gorąco i niewygodnie a ona nawet czapki nie chce zdjąć bo twierdzi że zimno w samochodzie.

W końcu dojechaliśmy na miejsce. Badanie przepływu siku poszło nawet sprawnie bo w końcu od 6 godzin nie robił więc spodziewałam się że po kilku minutach siedzenia w końcu poleci. Za to już badanie usg sprawdzające czy pęcherz całkowicie został opróżniony to jak zawsze koszmar. A jeszcze pielęgniarka - w dobrej wierze oczywiście- opowiada mu że zobacz jaki fajny żel tu mamy, wygląda jak taki super kisielek. Może i super dla przeciętnego pięciolatka ale nie dla mojego syna który po pierwsze nie cierpi jak ma coś na brzuchu a kisielu nienawidzi. I zaczęła się walka. Zawsze po badaniu usg czuje się jakbym z 2 godziny na siłce wyciskała. Bo żeby go utrzymać to i sposobu i siły trzeba. Ale udało się. Oczywiście potem zaczął zabawę wagą i ważył się i ważył a ona w między czasie właziła gdzie się dało i non stop gadała. Panie miały ubaw :) Wracamy do domu. Ona oczywiście odpada i nie ma bata żeby ją obudzić więc wnoszę do domu i kładę na kanapę. 

Czas dokończyć obiad. Wrzucam warzywka do miski, wsypuję sól pieprz i przyprawy, wbijam jajka i daję twaróg. Mieszam wszystko i przerzucam do naczynia żaroodpornego. Oczywiście już piekarnik w międzyczasie się nagrzał. Piekarnik to boskie urządzenie bo obiad się robi a ja sprzątam mop i odkurzacz. Oczywiście wcześniej rozebrałam córę bo by się ugotowała i wydałam rozporządzenie synowi - myć ręce i się przebrać w domowe ciuchy. Po 30 min obiad gotowy :) Ale przed budzę małą bo jak za długo pośpi to wieczór będzie potem zbyt długi. Ona oczywiście niezadowolona z fochem się budzi i marudzi ale co tam trzeba w końcu zjeść coś ciepłego.


Po obiedzie załadowałam zmywarkę i poszłam uprać tapetino bo zostało zasikane rano przez córkę.
No i już zrobiło się po 16. Trochę zabawy przeplatanej kłótniami i krzykami - ale przy takich dwóch małych kilkulatkach to normalka. Choć może istnieją gdzieś takie które bawią się cichutko i grzecznie ale ja takich osobiście nie znam :) Zbliża się pora kolacji i znowu że dlaczego kanapka taka a nie taka .....
Kąpiel dziś szybko i sprawnie i na szczęście tym zajął się już tato bo wrócił do domu. Czytanie też przejął bo ja nadal nie bardzo gadam. Ja za to po kąpaniu przejęłam starszaka i nafutrowałam lekami, dałam inhalację oraz drugą kolację bo kabanosik i mleko muszą być :)

No i tak właśnie wygląda dzień "siedzącej" w domu matki. Usiadłam spokojnie na fotelu o godzinie 20 z kawałkiem. A nie przepraszam skłamałam! W dzień usiadłam na pół godziny na kawkę z Sową. Taka przerwa w sprzątaniu no a przede wszystkim dawno nie miałyśmy okazji popisać prawie live bo nigdy się jakoś nie składa, jakoś czasu brak pomimo że mamy go rzekomo w nadmiarze :)

czwartek, 28 lutego 2013

Gdzie do szkoły czyli zmora rodziców

No więc nadszedł czas kiedy trzeba zdecydować do jakiej szkoły posłać dziecko. No bo od września zerówka! Rany jak ten czas szybko zleciał - przecież mój synek był dopiero co taaaakiiii malutki!!
Jak ja zazdroszczę swoim rodzicom! Czy oni zastanawiali się nad czymś takim jak wybór szkoły? A po co. Przecież naturalnym było że dziecko pójdzie do najbliższej szkoły rejonowej a w klasie będzie miało połowę dzieci ze swojego podwórka. Zero stresu dla dziecka - no bo gdzie tu stres - przecież zmieniało się tylko miejsce spotkań z koleżankami i kolegami. Zero stresu dla rodzica - bo czym tu się stresować. Dziecko zna dzieci z którymi się będzie uczyło, w razie potrzeby sąsiadka z bloku obok zaprowadzi lub przyprowadzi a jak już będzie w drugiej klasie to samo sobie przyjdzie bo to przecież rzut beretem. Kto by myślał wozić kiedyś dziecko na drugi koniec miasta. A teraz?! Szkoda gadać. Dziecko jak tylko się urodzi zapisywane jest do szkoły najlepszej oczywiście. Ale nie wiadomo czy się dostanie bo przecież musi zdać testy kwalifikacyjne czy jest odpowiednio inteligentne. No i ważna rzeczy - co robią rodzice - wiadomo musi być jakiś zysk. Paranoja!! Dla mnie podstawa to szkoła ma być na tyle blisko domu żebym przez najbliższe 10 lat nie musiała za kierowcę robić i skończyć na etacie taksówkarza. Wiadomo są i inne kryteria ale nie dajmy się zwariować. Na pewno żadnych egzaminów wstępnych - jeszcze będzie miał w życiu nie jeden. Czy szkoła prywatna czy państwowa to i tak loteria bo wszystko zależy czy nauczyciel który weźmie pod skrzydło naszą pociechę będzie nauczycielem czy tylko kimś kto przyszedł odbębnić swój etat bo za to mu płacą. No a druga sprawa to my czyli rodzice bo jeśli myślimy że szkoła załatwi za nas kwestię nauki i wychowania naszego potomstwa to się grubo mylimy. Nadal cała odpowiedzialność spoczywa na nas i to od nas w dużej mierze zależy to na jakiego człowieka wyrośnie nasze dziecko. Szkoła to tylko kropla w morzu kształtowania młodego człowieka.

Tak tak powyższy wywód spowodowany był dzisiejszą wizytą w szkole do której być może pojdzie moje dziecko. I wbrew pozorom rozmowa z panią dyrektor zrobiła na mnie dobre wrażenie ale najważniejsze jest to że szkoła nie stawia na wyścig szczurów tylko na inne wartości. I to właśnie powoduje że może będzie dobrym wyborem. Bo czytać i liczyć to się dziecko wcześniej czy później nauczy. A możliwość kształtowania siebie w kierunku nie narzuconym przez kogoś to już inna historia

Dobranoc ja Skowronek idę spać a dla Ciebie Sowo zwalniam łącze nocne :)

p.s. poza tym to się pochorowałam i straciłam głos :( może dlatego tak się dziś na pisaniu skupiłam :) Pa

wtorek, 26 lutego 2013

Z jednym okiem ale udało się...

.... i skończyłam torebkę "szachownicę".  Udało mi się też w końcu ogarnąć i zgromadzić w jedno miejsce fotki większości moich prac powstałych w tym roku. Wrzucę je do Twórczej Mamy a może katalog Unico - czyli moja pasja moje hobby - się utworzy na dniach :) Ale to już nie dziś bo dziś moje znokautowane oko musi odpocząć.


Jutro mam zamiar ukończyć moją wyczekaną czarną róże. Nawet przed chwilką udało mi się przyfastrygować podszewkę. Choć najważniejsze skończyć narzutę dla synka ze spidermenem bo pyta i pyta. Ale jakoś po tym ostatnim pikowaniu tej narzuty co mi igła w paznokciu została to muszę jeszcze kilka dni odsapnąć. No i muszę zacząć pracować nad plecakiem dla pewnej małej dziewczynki która wyemigrowała daleko daleko do ciepłego kraju :)  I jeszcze motyla zaprojektować takiego pięknego czarno-niebieskiego - sama jestem ciekawa czy mi się uda.I jeszcze mama ma urodziny i córeczka no i też trzeba coś wymyślić - no mamie to wiadomo - torbę dostanie bo jej jeszcze nie obdarowałam :) ale córka to już trochę tych torebeczek ma, podusię patchworkową też więc muszę coś wykombinować. Mam już pewien pomysł - przenośna torba plastyczki czyli etui w którym zawsze będzie zeszyt i kredki - z zawartością oczywiście :) No i w hello kitty może bo mam taki fajny materiał :) Ciekawy okres twórczy się szykuje szkoda tylko że doba nie chce się wydłużyć.

A Ty byś w końcu coś pokazała "na talerzu" bo dawno się nie chwaliłaś jak tam kuchenne rewolucje :)

Jak to synek mnie urządził....

Dziś był dzień kiedy to spotkani przeze mnie ludzie przyglądali mi się ukradkiem. Niby nie patrzą a jednak oko zerka. A dlaczego to się ludzie tak przyglądali. A no dlatego:


Jak widać niezły mam obecnie makijaż :) I każdy z tych co się mi ukradkiem przyglądali zapewne zastanawiali się co się tej kobiecie stało, dlaczego ma spuchnięte oko w kolorze śliwki.
A historia jest banalna. Sprawcą obecnego stanu jest mój ukochany synek. Ale jak to że pięciolatek jest zdolny do czegoś takiego? A tam zaraz zdolny. Obudził się i chciał się przytulić. Przyszedł w środku nocy półprzytomny i postanowił się położyć cichaczem. No i z niezłym impetem chciał położyć głowę na jakiejś poduszce - tyle że zamiast na poduszkę z całej siły tyłem swojej czaszki przygrzmocił w mój biedny łuk brwiowy. Aż zobaczyłam gwiazdy - no ale w sumie był środek nocy :) A mi się tak gorąco w okolicy brwi zrobiło że myślałam że jeszcze szycie będzie trzeba zaliczyć. Na szczęście skończyło się tylko lub aż na śliwkowym cieniu do powiek :) Plus taki że jutro zapewne będzie w innym kolorze a za dwa dni w jeszcze innym a ja tylko na drugie oko muszę zbliżony kolor dobierać :) 
Ale najlepsze było rano.
Synek: Mamo czemu masz takie czerwone oko?
Ja: Nie pamiętasz jak się w nocy stuknęliśmy? A Ciebie głowa nie boli?
Synek: Mamo co Ty mówisz toć ja w nocy przecież spałem :)

niedziela, 24 lutego 2013

Mija rok....

.... a mi nadal czasem trudno w to uwierzyć. Czas tak szybko biegnie, tyle się dzieje a ona już w tym nie uczestniczy... Dziś noc zarwana bo jakoś spać nie mogłam. Może dlatego że dziś msza rocznicowa.... I wspomnienia wróciły... Smutny dzień jakiś...

piątek, 22 lutego 2013

Szybki dzień

Udało się zdążyłam :) Wczoraj koleżanka zadzwoniła że może ciasto urodzinowe nie w kolejny weekend a w ten. No to się musiałam pośpieszyć. Obiecałam że zrobię trzylatkowi poduszkę z jego ulubionym krecikiem. A tu jeszcze rano babcia zadzwoniła że przyjadą na weekend. Mówi że zadzoniła by wcześniej ale dziedek powiedzieł jej też dziś rano - faceci :) A na mazurach po prostu chwycił mróz i budowa "ma wolne" więc dziadek dziś i jutro luźniej i zdecydował - trzeba by odwiedzić wnuki :) I się porobiło. I prezent uszyć i zakupy zrobić żeby gości ugościć :) Ale się udało i wszystko ogarnęłam :) A oto efekt końcowy
Jestem z siebie dumna! Ale nie mogę doczekać się niedzieli - wiesz jak jest kto jak kto ale dziecko jest zawsze szczere. Ale jestem dobrej myśli :)




A tak wygląda zapakowany: Bo aż szkoda mi było w papier zawijać takie cudo :)


Po wizycie: podusia spodobała się smykowi :)